piątek, czerwca 19, 2015

100 lat piękna w kinie

historia urody
Jak zmieniały się kanony kobiecego piękna, czy podróże w czasie to dobry pomysł na fabułę i co wspólnego ze sobą mają te dwie rzeczy?
Dziś trochę filmowo, trochę modowo. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego spójny miszmasz.
  

Ostatnio głośno zrobiło się o „Wieku Adaline”. Oczywiście tylko dlatego, że gra w nim Blake Lively, bo szczerze mówiąc nie potrafię znaleźć innych powodów tego rozgłosu.
Film mi się nie podobał, ale nie uważam, że zmarnowałam czas. Wpadł mi do głowy pomysł na stworzenie listy filmów poświęconych „podróżom” w czasie, czy osobom uwikłanym w różne czasowe anomalie. W końcu zmienia się w nich głównie moda, a to w dużej mierze kostiumy bohaterów definiują epoki ukazane na srebrnym ekranie.
Dawno nie zawiodłam się tak na filmie. Nie chodzi o Blake, bo ona żadną wybitną aktorką nie jest i nie w niej pokładałam tu nadzieje. Chodziło o samą historię, która mogłaby być świetna, a wyszedł tandetny romans.
Historia kobiety, która przestaje się starzeć i musi uciekać, ponieważ interesuje się nią rząd. To mogło być naprawdę dobre kino. Mogło. Wyszło płytko i żałośnie.
Liczyłam na podróż w czasie wraz z tytułową Adaline, liczyłam na kostiumy, zmieniające się epoki. Liczyłam na konkretną akcję związaną z tym, że ona się nie starzeje. Ale nie – to po prostu romans, a jej wieczna młodość jest potraktowana trywialnie – jako pretekst do wprowadzenia wątku dramatycznego w miłostkę dwójki głównych bohaterów.
Zmarnowany potencjał – to doskonałe określenie na ten film. Jest w nim tysiąc wątków ciekawszych niż „miłość” i żaden nie jest rozwinięty. Żaden! Adaline ma córkę, która starzeje się i zbliża do śmierci na jej oczach – olać to, normalna sprawa, nie ma w co się zagłębiać. Adaline ucieka przed rządem – e tam, właściwie to co z tego?
Wychodzi na to, że jedynym problemem kobiety, która od ponad stu lat jest dwudziestolatką to to, że nie może sobie znaleźć faceta. Dno i trzy metry mułu.
A są jakieś plusy? Tak, wydaje mi się, że plusem są eleganckie stroje i zachowanie Adaline, która mimo upływu lat, pozostała dobrze wychowaną panienką z początku XX wieku. Przez 1/3 filmu myślałam, że będzie to dobry obraz, więc zaczęli całkiem nieźle. Szkoda, że potem była już tylko równia pochyła prowadząca do katastrofy.
Podsumowując – nie polecam jeśli szukacie ambitnego kina. Jeśli zadowalają was płytkie romanse – możecie obejrzeć.
UWAGA! SPOILER NIŻEJ!
Poza tym serio? Zaliczyć ojca i syna, a potem w cudowny sposób nagle zacząć się starzeć, bo musi być happy end? No nie wierzę. To było ż-a-ł-o-s-n-e. Patologiczne, niesmaczne i żałosne. 
Kto jeszcze nie widział, niech szybko nadrobi zaległości. To naprawdę jeden z lepszych filmów. Jest dobry pomimo hollywoodzkiej obsady. A to nie zdarza się często.
Benjamin rodzi się stary i młodnieje. Może wydawać się to darem od losu, może wydawać się tragedią, ale w gruncie rzeczy – czy tak wiele to zmienia?
Uderzyłam trochę w filozoficzny ton, ale przecież młodość i starość nie różnią się od siebie. Jesteśmy niedołężni, zależni od innych i potrzebujemy opieki. Jedynie wyglądamy inaczej.
Jakby nie interpretować przypadku Benjamina, jego historia jest opowiedziana dobrze. To trochę taka baśń dla dorosłych, próbująca oswoić przemijanie, z którym każdy z nas ma styczność na co dzień – staramy się go jednak nie zauważać. Film pokazuje nam ten proces w innym kierunku i innym świetle, chociaż w gruncie rzeczy – zmierzający do tego samego.
To film o podróży przez życie. Historia fantastyczna, a mimo to wiarygodna. Nie ma w niej tego, co ja odebrałam jako największą wadę w „Wieku Adaline” - zmierzania na siłę do happy endu.
Dzięki mojej mamie, która jak tylko widzi datę produkcji sprzed 2000 roku, przełącza kanał, nabrałam awersji do starych filmów. Mówiąc starych mam namyśli te z lat 1970-1999, bo te jeszcze starsze bardzo lubię.
„Gdzieś w czasie” jest filmem starym, a do tego trochę naiwnym. Opowiada historię Richarda, odnoszącego sukcesy dramaturga, który przeżywa kryzys twórczy i postanawia uciec od obowiązków. Udaje się więc do położonego za miastem starego hotelu. Tam zakochuje się w pięknej aktorce. Jest tylko jeden problem. Widzi ją tylko na zdjęciu, bo ta już dawno nie żyje.
Richard za wszelką cenę postanawia więc przenieść się w czasie, by móc poznać ukochaną z fotografii.
Jak już pisałam, historia jest nieco naiwna. Gdyby podróż w czasie była tak łatwa, jak w tym filmie, zrobiłabym to już dawno i to nie jeden raz. W fabule został niewykorzystany motyw paradoksu przeniesienia się w czasie, który w tym wypadku jest dosyć istotny. Gdyby Richard nie cofnął się kiedyś wcześniej w czasie, to nie miałby powodu, by cofać się teraz w czasie i tak w kółko.
Poza tym, film jest przyjemny. Historia trudnej do zrealizowania miłości. Bohaterowie spotykają się zawsze w złym okresie. Nie ma tu na siłę wciśniętego happy endu, tak jak zrobiono to w "Wieku Adaline" kosztem dobra fabuły, a mimo to zakończenie jest szczęśliwe.
Poza tym Jane Seymour jest prześliczna i warto obejrzeć chociaż ją.
Zanim zobaczyłam ten film, naczytałam się mnóstwa negatywnych opinii i byłam źle do niego nastawiona. Głównie przez Colina Farrella - ten aktor kojarzy mi się z tandetnym, efekciarskim kinem. Postanowiłam jednak obejrzeć "Zimową Opowieść" z powodu innej pierwszoplanowej bohaterki, odgrywanej przez Jessicę Brown Findlay, która gra w moim ukochanym serialu.

"Zimowa Opowieść" to baśń. Magiczna jest cała fabuła, nie tylko motyw wędrówki w czasie. Mimo wszechobecnego śniegu i chłodu, jaki Beverly - główna bohaterka - wokół siebie utrzymuje, to bardzo ciepła i sympatyczna historia. Jeśli tak jak ja, bez względu na wiek, lubicie bajki, na pewno Wam się spodoba.

Film uważam za dobry, chociaż mógłby zostać zrobiony lepiej, niektóre wątki wymagają pogłębienia, lepszego wyjaśnienia i bardziej logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego.
Mimo to zaliczam go to grona tych dzieł kinematografii, które z przyjemnością obejrzałabym po raz drugi.

historia mody
Film niesie ze sobą ważne przesłanie – nie ma idealnej epoki. Dla każdego znaczy to coś innego. Mówiąc „za moich czasów”, albo „dawniej było lepiej” wpadamy w pułapkę idealizowania przeszłości, jako czegoś, co jest bezpieczne i uporządkowane. Nie może nas zaskoczyć. Tymczasem prawdziwe życie dzieje się tu i teraz.
Tak jak Adriana, ja również marzę o Belle Epoque, rozumiem doskonale fascynację Gila latami dwudziestymi i wiem co to znaczy chcieć przenieść się w czasie. Ba, gdyby była taka możliwość, już by mnie tu nie było.
Mimo to, nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Podoba mi się, przyjemnie się go ogląda, ale bez przesady. Historia zbudowana wokół podróży głównego bohatera do lat 20 XX wieku jest raczej przeciętna.
Ale Allena trzeba przecież obejrzeć. I warto, bo jego filmy nie zawsze są wybitne, ale zawsze miłe do zobaczenia.

Inne filmy o podróżach w czasie warte zobaczenia:

To film o próbie naprawiania błędów młodości z perspektywy dojrzałej wersji siebie. Lekki i przyjemny, naprawdę godny polecenia.
Melodramat. Główny bohater cierpi na chorobę – przenosi się w czasie i nie może nad tym zapanować. Nie wie gdzie i kiedy się przeniesie. Mimo to, próbuje budować związek z ukochaną kobietą. Znika i pojawia się w różnych momentach jej i swojego życia.
Smutny, ale dobry.
To już fantastyka, ale całkiem przyjemna. Chyba każdy widział ten film, jeśli nie, warto zobaczyć.
Przez jednych znienawidzony, przez innych uwielbiany. Mi się bardzo podobał. Podoba mi się nadal, mimo że niektórzy wylewają na niego wiadra pomyj. Zobaczcie koniecznie!

Kate i Leopold
Komedia romantyczna, trochę inna niż wszystkie. Leopold przenosi się w czasie - z XIX wieku trafia do współczesnego Nowego Jorku. Tam poznaje Kate. Co wyjdzie z takiego zderzenia światów? Zobaczcie sami. 

Na koniec kolejna garść ciekawostek ze świata mody i urody. 








"100 Years of Beauty" to seria filmów umieszczanych na kanale cut video na YouTube. Przedstawiają one ideał kobiecej urody, zmieniający się z dekady na dekadę od 1910 do 2010 roku. Każdy film poświęcony jest innej kulturze. Jeśli jeszcze nie widzieliście żadnego, gorąco zachęcam.

Jako powierzchowny przegląd zmieniających się kanonów piękna, są wręcz genialne. Aż samej marzy mi się nakręcenie czegoś podobnego. Kto wie, może kiedyś? Na razie po więcej odsyłam was po więcej do cut video.
Z innego kanału 100 lat w modzie:


Większość stylizacji wygląda na zmontowane z tego, co udało się znaleźć aktualnie w sieciówkach, ale i tak podziwiam autorów za włożoną pracę.

Na szczęście sesja się już kończy (Uff!) i od lipca posty będą pojawiać się częściej i będą lepszej jakości.

Jeśli zaciekawiłam, pomogłam, zaintrygowałam - śledź mnie ;)


Twitter
Instagram
Bloglovin'

5 komentarzy:

  1. Uwielbiam "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" myślałam, że "Wiek Adeline" będzie do niego bardzo podobny. Jeszcze nie widziałam tego filmu, ale po twojej recenzji czuję, że mogę się na nim zawieść. Niemniej jednak na pewno go obejrzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam ostatnio Wiek Adeline i nie jestem do końca zawiedziona, sądziłam, że będzie gorszy :) przynajmniej kostiumy były rewelacyjne. Jeśli chodzi o taką tematykę filmów to moim zdaniem O północy w Paryżu wygrywa wszystko, rewelacyjny jest ten film, a Woody Allen nigdy nie zawodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda tylko, że kostiumy historyczne mieliśmy okazję oglądać tak krótko.

      Usuń
  3. Wiek Adaline mógł być dobrym filmem. Ale niestety tutaj też się rozczarowałam. Szczerze mówiąc liczyłam, że bardziej będzie pokazane jej życie na przełomie różnych epok... Jakoś głębiej będzie poruszony temat. A tutaj tak naprawdę nic nie zostało pokazane. I jeszcze końcówka w klimacie bajki, że nagle znowu zaczęła się starzeć... Ale Blake cudowna, pasuje idealnie do takiej eleganckiej damy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczyłam na poważną fabułę, a ta się okazała taka kiczowata. Blake jest śliczna, ale jak dla mnie to zawsze gra Serenę.

      Usuń

Jeśli dowiedziałaś(łeś) się czegoś nowego, lub uważasz ten wpis za ciekawy, podziel się swoją opinią. Będę wdzięczna ;)

TOP